Powiedziałem dziś sobie, że ostatnią notkę z cyklu "tegoroczne starty" napiszę dopiero, gdy wyskrobię chociaż jedną stronę pracy magisterskiej. Jak ŻEM powiedział, tak ŻEM zrobił :) A było to tak...
Dwa tygodnie po udanym półmaratonie udałem się do Lubina na tamtejszą "dyszkę". Generalnie duża impreza, duży sponsor, na tyle duży, że nie trzeba było płacić nawet wpisowego. Do tego jednopętlowa, atestowana trasa, całości dopełniła dobra pogoda i na starcie pojawiło się około 1000 biegaczy. Moim celem było poprawienie życiówki na 10km, która do tej pory wynosiła 48:35. Zadowoliłoby mnie nawet delikatne zejście poniżej 48 minut. Pierwsze dwa kilometry jak zawsze zaczynam bardzo spokojnie. Tak było i tym razem: 4:45 i 4:48. Na trzecim kilometrze ujrzałem swojego nauczyciela WF-u z liceum. Delikatnie przyspieszyłem, powiedziałem grzecznie "dzień dobry" i pokazałem plecy :) 4km był odcinkiem najtrudniejszym i najwolniejszym. Spowodowane to było delikatnym lecz długim podbiegiem. Mimo wszystko wyszło 4:49. Na półmetku zameldowałem się z czasem 23 minuty z delikatnym hakiem, chwyciłem kubek z izotonikiem i pognałem dalej. Uznałem, że to dobry moment żeby zacząc przyspieszac, bo przed emną ukazał się zbieg. W sumie najszybciej wyszły kilometry 8 i 10 (4:21). Na metę wbiegaliśmy w niesamowitym hałasie. Okazało się, że lubińskie szkoły rywalizowały ze sobą o jakąś nagrodę za najlepszy doping. W sumie ciekawy pomysł. Wbiegłem na metę z czasem netto 45:21. Nie spodziewałem się, że poprawię życiówkę aż o tyle. Do głowy przyszedł mi obraz jak jakieś 2 miesiące wcześniej cieszyłem się ze złamania na treningu 50 minut o całe 6 sekund :) Miałem jeszcze nadzieję na wylosowanie zegarka Garmina, bo do zgarnięcia były dwa, ale jeszcze w życiu nic nie wylosowałem i wygląda na to, że jeszcze długo tak zostanie:)
No i to był właśnie ostatni start, który zostanie opisany w tym roku. Po nim nastąpił jeszcze tylko opisany we wcześniejszym poście Bieg po Złoto w Złotym Stoku. Aktualnie jestem już od 6 dni w okresie roztrenowania i potrwa to jeszcze tydzień. Generalnie odpoczywam, ale nie porzucam w 100% aktywności fizycznej. Następnym razem opiszę jakie przygotowania wymyśliłem sobie do wiosennego Cracovia Maraton (28 kwietnia).
Można powiedzieć, że z magisterką, jak z maratonem, przygotowanie trwa długo, a później rachu ciachu i po bólu brachu :) Powodzenia! (ja ŻEM się obroniła parę lat temu i właściwie cieszę się, że mam to już za sobą)
OdpowiedzUsuńMam nadzieję, że ze mną będzie tak samo, ale to jeszcze daleka droga :)
OdpowiedzUsuńE, mam za sobą zarówno męki maratonu, jak i pisania magisterki - maraton fajniejszy :-)
OdpowiedzUsuńGratuluję biegu :-)