czwartek, 8 listopada 2012

XXV Bieg Lwa Legnickiego - Półmaraton Legnicki

Nadszedł dzień debiutu w półmaratonie. Do Legnicy jechałem mocno zmotywowany. Wiedziałem, że od lipca zrealizowałem plan niemal w 100%. Właściwie to odpuściłem sobie tylko jeden trening we wrześniu, bo mocno bolało mnie gardło (mówią na to choroba zawodowa, choć ja w te nauczycielskie choroby zawodowe nie wierzę, bo nawet jakbym chciał iść na zwolnienie to nie może mi się przytrafić, więc to jeden wielki bullshit). Co więcej w trakcie przygotowań zmieniły się plany. Początkowo chciałem jedynie pobiec poniżej 2 godzin. Zauważyłem jednak, że stać mnie chyba na pobiegnięcie poniżej 1:50. Co z tego wyszło? Zapraszam :)

7 października, punktualnie o godzinie 10.00, nieco ponad 300 biegaczy usłyszało wystrzał startera. Moim planem było zacząć wolniej i nawadniać się na każdym punkcie od początku do końca. Pierwsze dwa kilometry to czasy 5:06 i 5:07. Już wtedy czułem, że to mój dzień, ale nie dopuszczałem jeszcze do siebie jakiejś euforii. Nieświadomie jednak trochę przyspieszyłem, bo 3 i 4 kilometr to czasy poniżej 5 minut. Postanowiłem nie szarżować, żeby zachować więcej sił na potem i na kolejne kilka kilometrów wróciłem do tempa z pierwszych dwóch kilometrów. Cały czas zgodnie z planem korzystałem z wodopojów. Po 10km nie czułem żadnej zadyszki, absolutnie żadnego bólu i niedogodności. W spodenkach miałem schowane dwa cukierki Krówki. Szybko je spożyłem, popiłem wodą i przyspieszyłem do tempa w okolicach 4.50, a potem jeszcze nieznacznie szybciej do 4.45. Biegłem tak do 16km, kiedy to nagle znalazłem się na glebie. Straciłem na chwilę koncentrację, zamyśliłem się i zahaczyłem czubkiem buta o jakiś wystający kamień. Trudno się mówi. Wstałem, otrzepałem się prędko i ruszyłem. Żal tylko trochę straconego rytmu, którego musiałem szukać od nowa. Kilkadziesiąt metrów przede mną widziałem grupę kilku biegaczy. Oceniłem więc siły, a że wszystko było w porządku to dopędziłem i zaprezentowałem plecy:) Byłem już w okolicach 20 km i dojrzałem jeszcze jednego osamotnionego biegacza poruszającego się równym żwawym tempem. Zerwałem się jeszcze na chwilę i powiozłem się chwilkę za jego plecami. W ogóle to gościu był bardzo ciekawy :) Motywował się krzycząc do siebie na głos. O ile na wykrzyknienia "Równy krok!" czy "Dajesz kurwa!" starałem się nie reagowac, to gdy z jego ust wyszedł bojowy okrzyk "Bóg nie istnieje!" to z trudem powstrzymałem się od śmiechu. 400 metrów przed metą chłop trochę przyspieszył (pomyślałem, że chyba jednak istnieje skoro dostał takiego przypływu sił), a ja nie mogłem wytrzymac już jego tempa i swoim stałym tempem wbiegłem na metę z czasem...1:41:21 !!!

Chyba dopiero tego dnia poczułem naprawdę co to są endorfiny. Euforyczne myśli szalały mi po głowie i nie wiedziałem za co mam się zabrać. Niesamowite uczucie kiedy na własnym ciele możesz odczuć efekty kilkumiesięcznego treningu. Zawiedziony byłem tylko z niezbyt ładnego medalu, ale potem doszedłem do wniosku, że najważniejsze jest przecież to co zostaje w głowie i mojego debiutu nikt mi przecież nie zabierze. Tego dnia byłem już pewny, że moja przygoda z bieganiem nie będzie przelotna. Postanowiłem przygotowywać się do maratonu, ale o tym w następnych opowieściach :) 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz