Zacznę może od wspomnień najświeższych, bo tych sprzed 4 dni.
Bieg po Złoto skusił mnie swoją odmiennością. Z biegiem ulicznym nie ma nic wspólnego. Jest to raczej mieszanka biegu przełajowego z biegiem górskim, jednak najciekawsza część trasy prowadzi przez najstarsze(?) sztolnie złota w Polsce (zawsze myślałem, że najstarsza jest w rodzinnej Złotoryi). Nie zastanawiając się długo, zapisałem się i opłaciłem wpisowe, a podczas Biegu o Lampkę Górniczą w Lubinie namówiłem na wyjazd jeszcze jednego znajomego, Marcina z klubu sportowego OLAWS Złotoryja. Analizując zeszłoroczne wyniki biegu oraz biorąc pod uwagę obecną formę planowałem osiągnąć czas poniżej 30 minut. Plany zweryfikowało życie :)
3 listopada wstałem o godzinie 5.30. Plecak spakowany był już dzień wcześniej, więc zjadłem tylko szybkie śniadanie, zapakowałem się w samochód i podjechałem po Marcina. W Złotym Stoku do 10.00 musieliśmy odebrać pakiety startowe. Do przejechania było ok. 115 kilometrów i zajęło nam to niespełna 2 godziny, także o 9.00 byliśmy już na miejscu. Bezproblemowy dojazd, prawie pusty jeszcze parking i hyc do biura zawodów, gdzie wszelakie formalności zostały również załatwione bardzo sprawnie. Wróciliśmy do samochodu, zjedliśmy ostatnie jedzonko przed startem, przebraliśmy się i rozgrzewkowo ruszyliśmy na mały rekonesans trasy. Składała się ona z dwóch pętli, jednej większej, a drugiej mniejszej. Pokrywały się one ze sobą tylko na niewielkim odcinku. Obeszliśmy sobie tę mniejszą, stwierdzając, że trzeba zostawić sobie jakieś wrażenia na sam bieg. Dotrwaliśmy tak do krótkiego otwarcia i do odprawy o godzinie 10.45. Aby zapobiec korkom na wąskich kopalnianych korytarzach, start odbywał się interwałowo co 30 sekund. I tak kiedy pierwszy zawodnik ruszył na trasę punktualnie o godzinie 11.00, mój start miał się odbyć o 11.55. Pobiegaliśmy sobie jeszcze delikatnie przez ten czas, pooglądaliśmy startujących zawodników i tak doczekałem się startu. Sprawdzenie chipa i rura do przodu. Już na początku wbiegało się do pierwszej sztolni. Krótkie schody do góry, potem w dół, rundka po kopalni aby chwilę później wybiec na zewnątrz w kierunku parku linowego. Tam w miarę płaski, choć trochę nierówny odcinek i zaczął się pierwszy podbieg. Pomogłem sobie trochę wciągając się po metalowej linie i jakoś dotrwałem.
Wybiegłem na krótki, płaski odcinek i za moment zaczął się zbieg. Wyprzedziłem tam dwóch zawodników startujących przede mną i wbiegając po schodach wbiegłem na drugą pętlę. Spojrzałem na stoper i wyszło mi, że pierwszą pokonałem nieznacznie powyżej 10 minut. Widziałem więc szansę żeby drugą, dłuższą, przebiec w 19 i osiągnąć założony czas. Wtedy jeszcze nie wiedziałem co mnie czeka. Wbiegłem do kolejnej sztolni w której znajdowały się tory kolejki wąskotorowej. Nietrudno się domyśleć, że jak na złość odległości pomiędzy podkładami nijak pasowały do kroku biegowego :) Same podkłady były mokre i dosyć śliskie. Przebiegłem tak z 200 metrów i moim oczom ukazały się zapowiadane przez organizatorów 30 metrowe schody na wyższy poziom kopalni. I ta właśnie atrakcja odebrała mi chyba najwięcej sił. Na górę doczłapałem pozbawiony chęci do życia, na dodatek myśląc, że najgorsze już za mną. Krótki zbieg, znowu wyprzedzam dwie osoby i długi płaski odcinek wokół wzgórza. Wybiegam zza zakrętu i widzę podbieg o niesamowitym nachyleniu, a na całej jego długości walczących wspinaczy (tak!!! to już nie byli biegacze). Na górze stanęły mi łzy w oczach, gdy od sędziego usłyszałem, że teraz już tylko z górki do mety. Spojrzałem na zegarek. Do 30 minut zostały już tylko 4 minuty. Raczej nie było szans aby powalczyć o zakładany czas. Na zbiegu całkowicie rozpuściłem nogi i pocieszyłem się trochę widokami :) Finisz miałem iście sprinterski co tylko potwierdziło moją teorię, że nogi chciały biec, ale płuca nie nadążały. Na metę zameldowałem się z czasem 32:06 zajmując 53 miejsce w klasyfikacji mężczyzn (na 180). Poczekałem na Marcina (39:45), odpoczęliśmy, przebraliśmy się i poszliśmy zrealizować nasze talony na jedzenie. Tutaj organizatorzy stanęli na wysokości zadania (zresztą tak jak podczas całego biegu), bo zaserwowali nam pełne drugie danie (ziemniaczki, kotlecik i surówka). Zjedliśmy, odbyliśmy pogaduchy biegowe z innymi zawodnikami i wyruszyliśmy do domu.
Pomimo, że nie złamałem 30 minut to byłem zadowolony. Wrócę do Złotego Stoku za rok i 30 minut pęknie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz