sobota, 24 listopada 2012

Bo trzeba też robić coś innego. Koncert Muse w Łodzi.

Dziś będzie bardzo niebiegowo. Zaznaczam na wstępie, że wpis ten z bieganiem będzie miał wspólnego tyle co sprint za tramwajem we Wrocławiu na początku wczorajszej podróży, a podróż to była bardzo zacna.

Wybrałem się wczoraj do Łodzi na koncert zespołu Muse, który jest w moim osobistym rankingu na jednym z czołowych miejsc, właściwie to chyba nawet na podium. 3 lata temu udało mi się zobaczyć w akcji U2, teraz nadeszła pora właśnie na Muse. Bilet na płytę łódzkiej Atlas Areny nabyłem już we wrześniu. Jakie wrażenia? Nie żałuję ani jednej wydanej złotówki. Baaaa...dla takich przeżyć mógłbym wydać nawet dwa razy tyle i też bym nie żałował.

Był to pierwszy samodzielny koncert zespołu w Polsce. Wcześniej grali tylko na festiwalach w Gdyni i Krakowie. Tym razem wystąpili tylko i wyłącznie przed własną publicznością. I od samego początku zaczęła się totalna jazda. Zresztą zobaczcie sami:

Powiem, że mam z tego osobistą satysfakcję, ponieważ po pierwszym przesłuchaniu płyty powiedziałem, że to właśnie Unsustainable będzie pierwszym utworem wykonywanym na koncertach na nowej trasie :) Cała setlista wyglądała tak:

  1. The 2nd Law: Unsustainable
  2. Supremacy
  3. Map of the Problematique
    (Who Knows Who riff outro)
  4. Panic Station
  5. Resistance
  6. Supermassive Black Hole
  7. Animals
  8. Monty Jam
  9. Explorers
  10. Sunburn
  11. Time Is Running Out
  12. Liquid State
  13. Madness
  14. Follow Me
  15. Undisclosed Desires
  16. Plug In Baby
  17. Stockholm Syndrome
    (Freedom riff outro)
  18. Uprising
  19. Knights of Cydonia
    (Man With A Harmonica intro)
  20. Starlight
  21. Survival 
Kilka zdań należy się tutaj kawałkowi "Madness". Jak dla mnie absolutny szczyt koncertu. Mistrz nad mistrzami. Niektórzy go nie doceniają, ale to będzie legenda. Ja po prostu zamknąłem oczy i zaśpiewałem:

now I have finally seen the end
And I'm not expecting you to car
But I have finally seen the light
I have finally realized
I need to love
I need to love

Come to me,

Just in a dream
Come on and rescue me.
Yes I know, I can be wrong
Maybe I'm too headstrong
Our love is
Madness
 

Ciary na plecach, tym bardziej, że traktuję ten utwór dosyć osobiście. Najbardziej zachwyca jego dramaturgia i to jak się rozwija. Kto dosłucha do końca i zrozumie to natychmiast pokocha, a jak nie pokocha to zwyczajnie tego kogoś nie lubię:)

Niektórym krytykom zabrakło kontaktu zespołu z publicznością, ale czy naprawdę o to chodzi aby co chwilę krzyczec ze sceny "No to teraz klaszczemy!". Mi wystarczyło to, że Matthew Bellamy podczas jednego z kawałków zszedł ze sceny na dół do fanów oraz to, że zespół nie uznaję biletów Golden Circle (niektóre gwiazdeczki za możliwośc bycia bliżej sceny życzą sobie większej opłaty za bilet) i nie dzieli przez to fanów na lepszych i "lepsiejszych". Koncert absolutnie genialny od strony technicznej. Znakomite, futurystyczne animacje. Właściwie cała scena była jednym wielkim telebimem.

Podobno na rok 2013 zespół szykuje kolejną trasę, tym razem stadionową. Wiem już co stanie się w wypadku gdy zawitają do Polski. JA TAM BĘDĘ i znowu na dwie godziny pozwolę się zabrać w kosmos.





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz