czwartek, 8 listopada 2012

Izerska Wielka Wyrypa 2012

Pora na relację z kolejnej tegorocznej imprezy. Tym razem będą to zawody z cyklu Pucharu Polski w Pieszych Maratonach na Orientację, które odbyły się w dniach 17-19 sierpnia w Barcinku nieopodal Jeleniej Góry. Na wstępie zaznaczam jednak, że nie będzie to relacja nadto szczegółowa, ponieważ szczegółów zwyczajnie mogę już nie pamiętać, a niektórych nawet pamiętać nie chcę. Dlaczego? Zapraszam do lektury.

Po tym jak wystartowałem w Wulkanach 24h na dystansie 50km zapragnąłem zaliczyc w tym roku przynajmniej jeszcze jedną taką imprezę. Tym razem jednak poprzeczka miała pójść do góry. Wiedziałem, że nie jestem jeszcze w stanie przebiec całego dystansu. Byłem w trakcie przygotowań do półmaratonu, więc uznałem, że przebiegnięcie około 20km i pokonanie kolejnych marszem będzie dobrym treningiem. Z takim właśnie założeniem wyjechałem w piątek 17 sierpnia do Barcinka. Po pracy zajechałem do domu tylko na chwilę. Zjadłem, zapakowałem się i wyruszyłem. Przez Jelenią Górę przemknąłem jak strzała bowiem studiowałem i mieszkałem tam przez 3 piękne studenckie lata (pisząc studiowałem mam na myśli pełne znaczenie tego słowa :)) Zatrzymałem się jeszcze tylko na krótkie zakupy w Tesco i stamtąd prosto w kierunku Szkoły Podstawowej w Barcinku, gdzie znajdowała się tegoroczna baza zawodów. Kiedy przybyłem akurat zaczynała się odprawa zawodników z trasy 100km. Nie logowałem się na razie w biurze, ale udałem się na przeszpiegi. Nadstawiając tak ucho zauważyłem znajomego ze studiów z Wrocławia (dopiero wtedy przypomniałem sobie, że przecież namawiałem go na start).

Odprawa trasy 100 km

 Po wysłuchaniu odprawy i kiedy zawodnicy już wyruszyli, ja zabrałem się za formalności. Wszystko szybko i bez zbędnych ceregieli. Poszedłem do samochodu po wszelakie graty i znalazłem sobie legowisko w jednej z klas. Potem jeszcze mała kolacja, rozmowy z innymi na temat tego co czeka nas jutro i nadszedł czas na sen. Nie spało mi się za dobrze, właściwie to łącznie przekimałem może 2 godziny. Wszystko chyba przez to, że był to mój pierwszy nocleg w takich warunkach. Budzik okazał się niepotrzebny, bo cały czas czuwałem. Wstałem więc, przebrałem się, zjadłem słodkie śniadanie. I o 6.30 stawiłem się na odprawie.
Odprawa trasy 50 km
Po wysłuchaniu ostrzeżeń na temat grasujących psów, pasących się gdzieniegdzie byków i elektrycznych pastuchów poczekaliśmy jeszcze parę chwil na start, który nastąpił punktualnie o godzinie 7.00. Pierwsze 1,5 kilometra to bieg za samochodem organizatorów do punktu w którym zostały wydane nam mapy. Chwyciłem mapę i zacząłem szybką analizę. Może nawet za szybką, bo zdecydowałem ruszyć w stronę PK03, tak jak większość biegaczy. Później zorientowałem się, że wariant "w drugą stronę" byłby chyba bardziej korzystny. Punkt odnaleziony bezproblemowo. Do kolejnego na szagę przez pole, potem skrajem lasu i PK04 również podbity bez komplikacji. Następnie na południe do torów kolejowych, polna droga i PK06 zdobyte. Płaskie odcinki oraz zbiegi pokonywane biegiem w tempie około 5.50. Aby dotrzeć do kolejnego punktu zbiegłem do Starej Kamienicy. Tam można było poruszać się z zamkniętymi oczami, bo psy ujadały na napieraczy w całej wsi :) Podczepiłem się pod grupę poruszającą się moim tempem i wspólnie odnaleźliśmy PK08, a potem PK11. I tutaj zaczęły się moje problemy. Najpierw przedzierając się przez jeżyny przeciąłem nogę w dwóch miejscach tak głęboko, że blizny mam do dziś i chyba już tam pozostaną. Nie był to jednak problem. Problemem był pojawiający się w kolanie mocny dyskomfort. Póki jednak mogłem biec to olałem to. Ruszyłem asfaltem w stronę Osady Kopaniec, gdzie znajdował się PK13. Podbiłem kartę, uzupełniłem zapasy wody, pogadałem kilka chwil z miłymi paniami obsługującymi punkt, poczęstowałem się wafelkiem i wyruszyłem dalej w stronę PK16, podczepiając się pod dwójkę biegaczy. Czekał nas mocny podbieg, gdzie coraz mocniej zaczynałem odczuwać ból w tylnej części kolana. Po podbiciu punku u południowego podnóża skały rozpoczęliśmy zbieg w kierunku Piechowic i wodospadu Kropelka. No i tutaj zaczęła się jazda. Noga odmawiała biegania z górki. Bolało już nie tylko kolano, ale cały mięsień aż po pośladek. Każde 100 metrów sprawiało, że było coraz gorzej, ale miałem jeszcze nadzieje, że minie (nadzieja matkom głupich). Podbiłem PK23 znajdujący się na wyspie przy wodospadzie i ruszyłem na zachód w stronę PK21. Opatrznośc czuwała tutaj nade mną, bo właśnie w okolicach tego punktu spotkałem Pana Wacława Jaskułę, który naprowadził mnie i parę innych osób na trudno zlokalizowany punkt. Próbowałem jeszcze zbiegac, ale nie dało już rady. W tym momencie zdecydowałem, że nie dane mi będzie ukonczyc dzisiaj całej trasy, ale powalczę chociaż maszerując o kilka kolejnych punktów. Tak się złożyło, że Pan Wacław (swoją drogą wyśmienity nawigator) także nie planował kończenia całego dystansu, więc podczepiłem się pod niego i nie żałuję tej decyzji, bo nauczyłem się od niego wiele na temat nawigowania. Wspólnie przedarliśmy się pod górę przez gęsty las aby zaliczyc 4 punkty odcinka specjalnego, a następnie PK18, PK15, PK14. Pan Wacław z górki zbiegał, ja ze sztywną nogą próbowałem nadążyc. Z punktem nr 12 były pewne problemy, bo nie było do końca wiadomo czy ścieżka, którą idziemy jest tą zaznaczoną na mapie. Później całkowicie znikła. Osoby atakujące punk z drugiej strony miały podobno łatwiej. Jakoś się tam jednak odnaleźliśmy i podbiliśmy punkt. Tutaj zdecydowałem, że muszę odpocząc jakieś 15 minut, bo byłem już w agonii. Opuściłem więc Pana Wacława i jeśli to kiedykolwiek przeczyta to niech wie, że jestem bardzo wdzięczny:)
Zmieniłem mokre skarpetki, zjadłem dwa batony, popiłem izotonikiem i wymaszerowałem w stronę miejscowości Chromiec. Tam przeciąłem główną asfaltową drogę, przeszedłem przez rzekę (a przed chwilą zmieniłem skarpetki) i na azymut zaatakowałem PK09, który znajdował się na szczycie wzniesienia. Stamtąd tylko rzut beretem do PK07, gdzie zlokalizowany był również wodopój. Nawigacyjnie wszystko bez problemu. Gorzej ze stanem fizycznym i psychicznym. Naszła mnie myśl, żeby zadzwonić do organizatorów z prośbą o zwiezienie z trasy, uznałem jednak po chwili, że nie będę robił siary:) Ruszyłem polną drogą w dół, następnie przekuśtykałem przez pole w kierunku PK04. Wyszedłem dokładnie w tym miejscu w którym chciałem wyjść i zlokalizowałem polną drogę, gdzie po chwili miałem skręcić w lewo. Rzeczywiście skręciłem, lecz po chwili droga znikła i trochę się zamotałem. Wyszedłem więc na tory i od północy zlokalizowałem ogrodzenie przy którym znajdował się punkt. Dotreptałem do Nowej Kamienicy, tam czekał kawałek asfaltowego odcinka, a następnie skręciłem w kierunku PK01. I tutaj przypomniałem sobie ostrzeżenia o elektrycznych pastuchach. Przypomniałem sobie jednak już po tym jak włosy stanęły mi dęba i zostałem potraktowany dawką prądu, która w zamierzeniu ma zniechęcić upasionego byka:) W porównaniu do bólu kolana to było jednak nic. Z punktem 01 miałem trochę problemu. Wydaje mi się, że był ustawiony trochę za późno (w innej relacji czytałem, że ktoś miał podobną zagwozdkę) i znalazłem go tylko dlatego, że postanowiłem "zajrzeć jeszcze za winkiel". Punkt 02 był nawigacyjnie łatwy, a stamtąd już tylko należało dotrzec do asfaltu, a potem prosto do mety. Zameldowałem się tam po 10 godzinach i 36 minutach odnajdując 22 z 27 punktów i zajmując 91 miejsce w klasyfikacji OPEN.

Po imprezie pozostał niedosyt. Był wkurzony z powodu kontuzji, zniechęcony do biegania. Chciałem nawet odpuścić październikowy półmaraton. Szczęśliwie tak się nie stało. Ale o tym kiedy indziej. Na Izerską Wielką Wyrypę wracam za rok, bo mam z tą imprezą rachunki do wyrównania:)

2 komentarze:

  1. Musisz powrócić, musisz:)

    Z tego miejsca polecam Ci jeszcze Rudawską Wyrypę w maju i Kaczawską Wyrypę w październiku:)

    Swoją drogą, to dlaczego nie zbierałeś wszystkich punktów? Takie było założenie?

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie, po prostu kontuzjowana noga prawdopodobnie uniemożliwiłaby mi powrót w limicie czasu gdybym zapuścił się na zachód po te 5 brakujących punktów. Z Rudawską nie wiem jak to będzie, bo w kwietniu biegnę Cracovia Maraton. Za to na Kaczawskiej na pewno się zjawię, bo baza będzie jakieś 18km od Złotoryi :)

    OdpowiedzUsuń